Łączna liczba wyświetleń

środa, 18 stycznia 2017

Na Dzień Dziadka

... "Na koniec opowiem Ci historię z lat, kiedy byłem w Twoim wieku i należałem do harcerstwa. Kiedyś, przy ognisku w lesie, wraz z całą drużyną zastanawialiśmy się, jaką by tu komuś zrobić miłą niespodziankę. 
I wymyśliliśmy. Pod lasem, w starej chałupce, mieszkała samotna staruszka. Codziennie o świcie wychodziła na dwór i mozolnie rąbała, uzbierane wcześniej w lesie, gałęzie.     Postanowiliśmy jej pomóc – pewnego dnia, przed świtem, zakradliśmy się do jej zagrody i narąbaliśmy jej tyle drzewa, że starczyło na kilka dni. Potem zza płotu obserwowaliśmy, co się będzie działo. 
Kiedy staruszka wyszła i zobaczyła co się stało, jej twarz rozjaśniła się uśmiechem, po czym uklękła i zaczęła głośno dziękować Panu Bogu za dobro, które jej zesłał. Do dziś pamiętam jej rozradowaną twarz. To było coś wspaniałego!.. I tak sobie myślę, że może dzięki modlitwie tej staruszki i mnie spotkało w życiu trochę dobra"...
Historię tą zaczerpnąłem z bloga jednego z uczniów mojej szkoły. Jego dziadek Janusz dzielił się z Nim uwagą, dobrym słowem, zrozumieniem. Czytając Jego wskazówki postanowiłem, że muszę Go poznać. W jednym z postów Hubert napisał, że jego dziadek umarł... Pozostaje zaprosić do zajrzenia  na wspomniany blog www.hubot.pl

sobota, 31 grudnia 2016

Idzie nowe

Życzymy, abyśmy potrafili się cieszyć z pokoju, abyśmy potrafili dostrzegać drugiego człowieka, abyśmy nie przestawali się dziwić. Poza tym wiary, nadziei i miłości.

sobota, 17 grudnia 2016

Mama i syn

 Co musiała czuć mama która dowiedziała się, że jej syn miał dramatyczny wypadek motocyklowy? Co musiała czuć, widząc jego pokiereszowaną każdą część ciała, którą czule pielęgnowała, gdy syn był mały? Pierwsza jej myśl  była wołaniem o cud.  "Jest bardzo źle, ale niech przeżyje"! Syn przeżył. To niepojęte zdarzenie nie było jednak cudownym uzdrowieniem.  Skutki wypadku były widoczne gołym okiem i ujawniały się każdego dnia. Odpowiedzialne dźwiganie konsekwencji fatalnego zdarzenia spadło na całą rodzinę.  Szczególne zadania przypadły mamie.  Sama zmagała się ze swoimi problemami zdrowotnymi, a  tu, nie mając za bardzo z czego, trzeba było część siebie poświęcić synowi. "Boże mój! Jak to zrobić? Czy dam radę"? -pytała siebie w myślach, nieraz zmęczona do nieprzytomności. Kiedy trzeba było, stawała się niczym lwica, innym razem była twarda jak stal, czasem pokorna jak baranek. Przez długie miesiące i lata nabywała ciężko wypracowanej, praktycznej wiedzy którą mogłaby zawstydzić profesora medycyny.  Musiała stać się psychologiem dla syna, ale i dla pozostałej czwórki współdomowników. Kiedy trzeba było, zawsze pojawiał się niezastąpiony ksiądz. Syn tolerował jego obecność. Choroba zmieniła syna,  co musiało być  niezwykle trudne dla jego najbliższych. Mama opowiadała o codziennych zmaganiach z twardą rzeczywistością. Miesiąc po miesiącu rok po roku, bez taryfy ulgowej. Rozmowa przynosiła jej tak potrzebna chwilę zrozumienia, wysłuchania i ulgi. Kilkanaście lat-jak to możliwe?  Po ludzku? Niemożliwe-  wydawać by się mogło. A jednak! I nagle otrzymałem  sms- "umarł w nocy". Syn przez wypadek wkomponował się wręcz w krwiobieg mamy. Jej miłość przeszła najtwardszą próbę. Przeszła ją pomyślnie. Bohaterów nie trzeba szukać długo i daleko. Oni są obok.

piątek, 16 grudnia 2016

Fryteczki z pięknej budeczki


Czy frytki mogą wywołać ekscytację? Tak! Po kilkoma warunkami... Muszą być przynajmniej tak smaczne jak belgijskie, które przyjechały do naszego Centrum. Muszą być podawane
z taką pasją i humorem, jak podano je nam. Dobrze jeśli nie trzeba za nie płacić. Znakomicie, jeśli przyjeżdżają pod sam nos, fantastycznie
pomalowanym  autem, a nad głowami świeci prawie zimowe słońce... Dziś wszystko się spełniło! Kolorowy bus pociągnął za sobą rzeszę wielbicieli. Tajemniczy "frytkobus"
zaparkował w pobliżu miejsca zbiórki na wypadek alarmu. Pewnie część  z uczniów pomyślała, że to kolejna próba, a może i prawdziwy alarm.
Kiedy wszystko było jasne, okazało się, jak wielu spośród nas to "frytkowi skrytożercy". 100% jednomyślnie stanęło w kolejce długiej, jak za dawnych czasów. 
Dwójka mistrzów ceremonii magnetyzowała podrzucaniem w górę dużej ilości frytek. Gdy jeden mówił śląskim dialektem, drugi czarował uczniów i nauczycieli niezwykle zamaszystym soleniem i smakowitymi sosami. Wesoło, smacznie, nierealnie wręcz. Coś jest w tej belgijskiej frytce... Dziękujemy- to było coś!

poniedziałek, 12 grudnia 2016

Stopy Jezusa



To było niezwykłe spotkanie. Starszy, elegancki pan zagadnął mnie (a może ja jego, co bardziej  prawdopodobne) i nie wiadomo jak ale przeszliśmy do tematu "rzeźba". Okazało się, że ów człowiek pomagał rzeźbić figurę z głównego ołtarza w nowohuckim kościele Arka Pana. Jakimś trafem byłem po lekturze fragmentu książki "Dzieło wielu ludzi. Z dziejów parafii i kościoła w Krakowie- Mistrzejowicach". Znalazłem tam odpowiedź na pytanie "dlaczego figura Jezusa ma takie olbrzymie stopy"? Napotkany człowiek uznał, że zbyt duże stopy Jezusa mają sens. W końcu przede wszystkim chodził i nauczał. Stopy pielgrzyma, umęczone, nabrzmiałe... Idealnie pokryło się to z niniejszym fragmentem, będącym opisem profesora Zemły- głównego twórcy dzieła:
"W związku z tym że figura ma 6 metrów wysokości, artysta każdą część ciała Chrystusa wykonywał  oddzielnie. Rzeźbił w starej, 5 metrowej kaplicy, zabrakło więc metra, by zmieścić tam całą figurę. Wobec tego wykopaliśmy półtora metrowy w dół w ziemi. Nogi Chrystusa były do połowy ukryte w dziurze. Świetnie się rzeźbiło głowę, tors i tak dalej, ale niżej już nie panowałem nad proporcjami. Oczywiście rzeźbę powiększa się z projektów w skali jeden do trzech, ale szkiełko i oko to nie wszystko. Powstające dzieło trzeba cały czas widzieć, a myśmy tej możliwości nie mieli. Kiedy Chrystus był już wyrzeźbiony, przyjechał odlewnik Stefan Kowalówka. Zdemontowaliśmy rzeźbę, kładziemy Chrystusa na ziemi, patrzymy na niego z góry- stopy wydają się za duże! Mierzymy- okazuje się, że są za duże o 15 cm. Można sobie wyobrazić jaki ogarnął mnie niepokój, a już nie miałem siły żeby to poprawić Zresztą jakby nie czułem w sobie takiej woli, żeby to zrobić. Kazałem więc odlewnikowi wziąć się do pracy i odlewać Chrystusa takiego, jaki jest. Jednak cały czas tlił się we mnie niepokój. Jakież było zdziwienie artysty, gdy figura została sznurami podniesiona w miejsce, gdzie miała zawisnąć. Jednego centymetra nie wolno było ująć. Te zdeformowane lekko stopy, za duże w stosunku do przestrzeni kolan, miały wyraz. Przestały być tylko elementem anatomicznym. One jakby zaakcentowały ból ciała Jezusa, jego cierpienie i cielesność. Według mnie dodatkowo stały się symbolem Chrystusa Pielgrzyma chodzącego za każdym człowiekiem, Chrystusa ze spuchniętymi stopami i zmęczonego wędrówką za każdą zaginioną owcą"...