Łączna liczba wyświetleń

czwartek, 17 stycznia 2013

Chłopskie gadanie o głodzie


          Dziąsła nieraz aż swędziały, kiedy się ta kromka tam, na strychu, przypomniała. Nie musiała się zresztą przypominać, bez przerwy stała przed oczami. I na zmianę, to głód podniecała, aż się ślina do gęby toczyła, to sytością mamiła, że się ją w brzuchu prawie czuło, jak rozpycha. I kusiła, kusiła od rana do wieczora, a nawet jeszcze długo w noc, gdy się spać pokładliśmy, nie dawała mi zasnąć. A mnie wciąż stała przed oczami ta kromka chleba wysoko za krokwią i świeciła jak najjaśniejsza gwiazda, a nie dała się za nic odpędzić. To bolała jak bolący ząb, to dręczyła jak wyrzut sumienia.Gdy wreszcie jakoś tam usnąłem, nie byłem nigdy pewny, czy to sen, czy jawa, bo tę kromkę chleba dalej miałem przed oczyma. Raz mi się śniło, że wyszedłem na strych, podstawiłem drabinę, ale drabina okazała się za krótka, wyszedłem na topolę, ale i topola okazała się za krótka. To mogło być tak samo we śnie jak na jawie. A rano mi się ojciec pyta: cóżeś się tak wiercił? Śniło ci się co? Wykręciłem się, że to pewnie po wczorajszej kapuście z grochem, bo ze snu można się byle czym wykręcić. Na szczęście ojca nie było w tym śnie, to łatwo uwierzył.

środa, 16 stycznia 2013

Chłopskie gadanie o filozofii


        A że żyć, żyłem, jak się to dało czy musiało, to widocznie inaczej się nie dało, bo nikt przecież nie żyje, jak by chciał. A zresztą gdyby się nawet dało, jak by człowiek chciał, czy byłoby mu lepiej? Nigdy nie wiadomo, czy tak, jak człowiek by chciał, nie byłoby akurat gorzej. To może każdy ma nie tylko takie życie, jakie ma, ale i najlepsze, jakie mógłby mieć.

wtorek, 15 stycznia 2013

Chłopskie gadanie o egzekucji

            I od razu zaczęli nas lufami na środek polany popychać. Wyznaczyli nam dół jakieś dziesięć metrów długi, ze dwa szeroki i kazali kopać. Jednym po jednej stronie, drugim po drugiej, co znaczyło, że będziemy tak padać głowami ku sobie. Kopałem, byle kopać, a cały czas myślałem, jak tu uciec, i jak uciec, bo przecież z każdą chwilą śmierć zbliżała się w sto koni. Naprzeciwko mnie kopał Zioło z Bartoszyc i już mu nawet łzy po twarzy ciekły i smarkał się jak dziecko... Ale tak zwyczajnie zerwać się i w las, to nie zdążę doskoczyć do drzew i pierwsza seria mnie dosięgnie. Choć do drzew było paręnaście kroków, nie więcej. Tylko, że za nami stali te psubraty, jeden obok drugiego, z lufami w naszych plecach. Doszło mnie nawet, jak któryś z nich pierdnął. Myślałem, że to któryś z chłopów ze strachu. Ale zaśmierdziało wyraźnie od tyłu, jakby skisłą rzepą.

niedziela, 13 stycznia 2013

Chłopskie gadanie o duszy chłopskiej


          To i ta twoja chłopska dusza, żeby tak powiedzieć, bujda na resorach. Wymyśliły ją pany przeciw chłopom, żeby się nie buntowały. Ale panów dawno nie ma. Dworów nie ma. Reforma była? Była. Dwa hektary dostałeś? Dostałeś. Tylko musisz wiedzieć, że z chłopską duszą, gdybyś nawet miał sto, to i tak będziesz jadł żur z kartoflami i na płachcie spał. Bo ci będzie wszystkiego szkoda. Wszystkiego, prócz siebie. A chłopska dusza nie lubi rachować, lubi tylko cierpieć. Tylko po co cierpieć, kiedy lepiej się na rachowaniu wychodzi. Przyzwyczaiła się, że cierpieć to jej przeznaczenie. I ziemia też dla niej tylko cierpienie. To i szkoda ziemi. Bo ziemia musi rodzić, bracie.Świat chce coraz więcej żarcia. Całe góry żarcia. Coraz większe góry. I ziemia musi to dać. Musi! żeby się bebechy miało z niej wypruć. Musi. A chłopska dusza niech sobie w muzeum odpocznie za te wszystkie wieki.

sobota, 12 stycznia 2013

Chłopskie gadanie o chlebie


          Niewiele jeszcze wtedy wiedziałem o chlebie, prócz tego, że raz jest, a raz go nie ma, i że kiedy jest, jest dobry, a kiedy go zabraknie, staje się jeszcze lepszy. Toteż póki był, wiadomo było, skoñczy się jeden bochenek, pójdzie ojciec do stodoły i przyniesie drugi. Ale bywało, wiosna gdzie tam daleko, a ojciec przynosił ostatni już bochenek i mówił, to ostatni. I potem tygodniami się chleba nie widziało. Aż dopiero na Wielkanoc, bo zostawiała matka zawsze mąki choć na jeden, dwa bochenki na Wielkanoc, bo jakże to, Pan Jezus zmartwychwstał, a my bez chleba. I na jeden, dwa na żniwa, żeby siła była. A przez cały ten czas żyło się tylko dawnym smakiem chleba. Śnił mi się ten chleb na jawie i we śnie. Tęskniło się za za chlebem jakby za kimś bliskim. A najgorzej wieczorem, bo wieczorem chleb jak duch się zjawia.