Łączna liczba wyświetleń

niedziela, 4 listopada 2012

Slackline

Slackline (ang. slackline - luźna linia) – dyscyplina sportowa polegający na chodzeniu i wykonywaniu trików na taśmie, zazwyczaj o szerokości 2,5-3,0 cm, rozwieszonej i napiętej między dwoma punktami (drzewami, skalnymi turniami) na wysokości od kilkunastu centymetrów do kilkuset metrów.
Raz na tydzień chodzę ze swoimi uczniami do Centrum wspinaczkowego Forteca w Krakowie. Uwagę moją przykuła niepozorna taśma rozpięta między dwoma słupami. Postanowiłem spróbować i... było bardzo ciężko złapać równowagę. Taśma chybotała, drżała i rżała (ze mnie:) Nie dawałem za wygraną i wciąż nie daję, bo to dopiero nieśmiałe początki. Zabawa ta angażuje ponad tak wiele partii mięśni, że trudno zliczyć, ale za to czuje się je dokładnie na drugi dzień. Chęć pokonania całej długości taśmy (tu tylko kilka metrów) zmusza do intensywnego atakowania jej raz za razem. Znakomita zabawa, która wnosi w życie ciekawy powiew:)
Tu zobaczysz, jakie możliwości daje slackline i jakie możliwości zarazem posiada człowiek... http://slackline.pl/

czwartek, 25 października 2012

Rówieśnik

Przeczytałem dziś artykuł o Michale Łysku (1.03.1973 - 14.03.1997) . Był on wybitnym, doskonale zapowiadającym się umysłem matematycznym. Był rówież wspaniałym, młodym, kochającym życie człowiekiem. Do dziś trzymam wklejoną notke dziennikarską o nim: (...) Nie przeżył 24 letni Michał Łysek, student UJ, który w piatek (14 marca 1997 r.) przed godziną 20 znalazł się w okolicy stacji kolejowej w Borku Fałęckim. (...) Napastnicy bili go kijami baseballowymi po głowie. Michał zmarł w niedzielę w Klinice Neurotraumatologii na skutek uszkodzenia mózgu. Mimo upływu lat, jestem dziś tak samo poruszony, jak wtedy. Byłem studentem i nagle znalazłem się w tłumie ludzi, podążającym przez Kraków w ciszy. Był to biały marsz protestu wobec bestialstwa. Atmosfera tego wiecu będzie mi towarzyszyć na zawsze. Pamięć o Michale żyje- ufundowane jest stypendium jego imienia dla zdolnych matematyków, a cześci jego ciała wciąż dają lepsze zdrowie i życie innym.

Ławeczka

   Była sobie ławeczka. Ławeczka, jak ławeczka. W dzień znajdowali na niej wychnienie strudzeni życiem emeryci, w nocy zaś służyła młodszym pokoleniom, które spragnione rozmowy i nie tylko, spędzały na niej długie godziny. Ławeczka cierpliwie znosiła zróżnicowane towarzystwo korzystające z jej gościnności. Pewnego dnia pojawiła się ekipa z krakowskiej spółdzielni mieszkaniowej i zaczęła wykopywać ławeczkę. No! wreszcie będzie spokój, pomyśleli ci, którzy mieli już dosyć hałasów dochodzących z ławeczki. Co??? Jak oni mogą zabierać nam jedyne w okolicy miejsce odpoczynku i wymiany narzekań na naszą niełatwą rzezywistość? Dwie zwaśnione grupy strały się na tyle mocno, że konieczne było wezwanie służb porządkowych.Czy da się rozstrzygnąć, po czyjej stronie jest racja?  Czy ważniejsza jest racja mojsza, czy twojsza?
Moja racja jest mojsza niż twojsza, bo moja racja jest najmojsza!

niedziela, 21 października 2012

Rzepa

Czytam i czytam i nadziwić się nie mogę... Książka Kamień na kamieniu Wiesława Myśliwskiego nie przestaje mnie fascynować, wstrząsać, zaskakiwać... Jadąc w pełnym, dusznym przedziale pociągu zaczął mną zarzucać niekontrolowany śmiech. Ludzie obok zerkali, a oparcie siedzenia trzęsło się, jak galareta. Śmiechu nie dało się powstrzymać mimo, że tekst był opisem egzekucji. 
Oto on:  
I od razu zaczęli nas lufami na środek polany popychać. Wyznaczyli nam dół jakieś dziesięć metrów długi, ze dwa szeroki i kazali kopać. Jednym po jednej stronie, drugim po drugiej, co znaczyło, że będziemy tak padać głowami ku sobie. Kopałem, byle kopać, a cały czas myślałem, jak tu uciec, i jak uciec, bo przecież z każdą chwilą śmierć zbliżała się w sto koni. Naprzeciwko mnie kopał Zioło z Bartoszyc i już mu nawet łzy po twarzy ciekły i smarkał się jak dziecko... Ale tak zwyczajnie zerwać się i w las, to nie zdążę doskoczyć do drzew i pierwsza seria mnie dosięgnie. Choć do drzew było paręnaście kroków, nie więcej. Tylko, że za nami stali te psubraty, jeden obok drugiego, z lufami w naszych plecach. Doszło mnie nawet, jak któryś z nich pierdnął. Myślałem, że to któryś z chłopów ze strachu. Ale zaśmierdziało wyraźnie od tyłu, jakby skisłą rzepą.

środa, 17 października 2012

17

Będzie z niego na pewno piłkarz! Ale dlaczego? zapytała moja mama 39 lat temu 17 października. Dzisiaj biało-czerwoni grają na Wembley z Anglikami.

Historia zatacza koło i tylko dzięki deszczowi zagramy znów 17-ego. Nie ma to, jak złapać dobry humor o poranku. Później trzyma jakoś. Stało się to dzięki tym zdjęciom... 

 Jest tak piosenka: W trawie w czasie deszczu siedzi ślimak zły... Tak było i na naszym "największym wiadrze świata". Na trybunach w czasie deszczu siedzi kibic zły... Jak tu nie być złym, skoro przyszło się, przyjechało się, przyleciało się... a tu basen niemal.

Dwóch spośród zgromadzonych wiernych fanów wykazało się ułańską fantazją i ruszyło na płytę główną, ożywiając umysły tych, którzy nie potrafili zrozumieć, dlaczego po prostu nie zamknięto dachu. Za nimi ruszyli stewardzi (modne od euro określenie) i zabawa gotowa. Piłkarzem nie zostałem, ale wiem, że na pewno nie jest to nasz narodowy sport.Mimo tego życzę naszym, aby tak, jak 39 lat temu wywalczyli remis.
Ps. Wróciłem wieczorem i nie widziałem meczu, ale nasi naprawdę wywalczyli remis!!!