Łączna liczba wyświetleń
czwartek, 10 listopada 2011
Dlaczego?
Będąc w Wadowicach natrafiłem na interesujące zdjęcie uwieczniające odsłonięcie pomnika Jana Pawła II, z jego udziałem. Zdjęcie jest słabej jakości, gdyż był słoneczny dzień, a umieszczone było w szklanej gablocie. Widać jednak, że Jan Paweł patrzy na "siebie"...
Jak wiemy, nie był on zwolennikiem tego typu dowodów pamięci czy też szacunku. Zastanawiam się, co pomyślał, widząc tą freestylową interpretację swego wizerunku w pełnej okazałości? W mojej głowie zrodziło się jedno tylko pytanie- dlaczego???
wtorek, 1 listopada 2011
Mól książkowy
Nie wiem, czy wszystko ze mną w
porządku, ale mam bzika na punkcie książek. Ostatnio mój bardzo dobry kolega
poszukiwał Życia Ewangelią księdza
Jana Ziei. Udało mi się znaleźć tą pozycję i podarować mu ją, z czego bardzo
się ucieszył. Radość jego była tak wielka, że obserwujący to z boku ludzie
zastanawiali się być może, czy może wygrał on w totolotka? Zanim mu ją
przekazałem, wgryzłem się (jak to mól zwykł czynić) we wstęp. Była tam mowa o
innej książce, mianowicie o Drogowskazach
Daga Hammarskjlolda. Coś mnie natchnęło do wzmożonych poszukiwań. Jak można
było się tego spodziewać, pozycja ta była niedostępna. Widząc z okna swego
mieszkania palące się światło w przykościelnej księgarni ruszyłem na „łowy”
(można tam kupić książki, które już nie są wznawiane, a ceny są niespotykanie
atrakcyjne). Przeglądając mocno już przetrzebioną kolekcję, sięgnąłem po
niepozornie wyglądającą książeczkę. Moim oczom ukazały się … Drogowskazy w tłumaczeniu księdza Ziei…
Zakonnica stojąca za ladą chyba była zaskoczona moją tak niepowściągliwą
reakcją… Mimo to cieszyła się, że ktoś może na widok książki podskoczyć do góry
i pocałować okładkę… Jak się okazało, nie jest to prosta pozycja. Oznacza to,
że trzeba się jeszcze mocno umysłowo podciągnąć, ale wszystko na dobrej drodze.
Oto kilka fragmentów. Dodam, że ksiądz Zieja nauczył się specjalnie języka
szwedzkiego, aby ja przetłumaczyć… Większej zachęty nie trzeba…
To, co nadaje życiu wartość, możesz osiągnąć- i stracić. Ale nigdy nie
posiądziesz tego na własność.
Masz wstręt do pochwał, lecz biada temu, kto nie uznaje twojej
wartości.
Łatwo być uprzejmym nawet względem nieprzyjaciół, gdy brak nam
charakteru.
Czyń, co możesz, a zadaniu łatwo podołasz; tak łatwo, że pełny
oczekiwań będziesz gotów na cięższe próby, jakie mogą nadejść.
Droga do świętości – za naszych czasów-zdecydowanie prowadzi przez działanie.
poniedziałek, 17 października 2011
niedziela, 16 października 2011
Dzień nauczyciela
14 października. Jak co roku śmiejemy się sami z siebie, przedstawiając kabaret. Krzywe zwierciadło wywołuje salwy śmiechów, ale do śmiechu nie jest. Nie było dotychczas tak wielkiego rozdźwięku pomiędzy życzeniami a stanem faktycznym i najbliższą przyszłością, która jawi się w czarnych barwach. Jak zwykle zawinił brak funduszy. Kasa miasta Krakowa świeci pustkami, dzięki czemu czujemy się jak balast, którego najlepiej pozbyć się jak najszybciej. Dla urzędników liczy się jedynie matematyczna zgodność, my zaś według niej nie możemy postępować. Sytuacja jest dynamiczna. Zobaczymy co będzie działo się dalej.
A to znalezione w sieci życzenia: Z okazji Dnia Nauczyciela składam serdeczne życzenia
wielu sukcesów zawodowych, spełnienia obranego celu oraz tego, aby
podejmowany trud był źródłem satysfakcji i społecznego uznania. Trudno o sukcesy, cele oddalają się, satysfakcja mierna a o społecznym uznaniu lepiej nie mówić. A tak lubię tą pracę...
czwartek, 29 września 2011
Nie ma Róży bez ognia
11 listopada 2010. Znowu jesteśmy w magicznych Bieszczadach.
Nawigacja satelitarna zafundowała nam kilka niespodzianek, dzięki którym
znaleźliśmy się w zapomnianych przez świat miejscach. Jak się można było
spodziewać, pogoda o tej porze roku była fatalna. Mimo to podejmujemy walkę z
huraganowym wiatrem drwiącym sobie z nas na Połoninie Caryńskiej. Oprócz gęstej
mgły, błota i upadków spowodowanych nieprzewidywalnymi naporami wiatru,
towarzyszył nam bardzo dobry humor. Po powrocie na kwaterę w Wetlinie
postanawiamy wypić pyszne wino- to na cześć bezpiecznego powrotu. Ilonka
niespodziewanie traci ochotę na wspólny toast…
29 listopada 2010. Jedziemy do Wrocławia na finał wymarzonego
koncertu, którego najjaśniejszą gwiazdą jest Jesse Cook z Kanady. Na miejscu spotykamy przesympatyczną koleżankę
poznaną tego roku na Szlaku św. Jakuba w Hiszpanii. Jest tak wspaniale, że
zapominamy, że przecież przed nami jeszcze koncert… Główny aktor spektaklu
obchodzi tego dnia urodziny.
Po koncercie trzeba się zmierzyć z długą nocną trasą do Rzeszowa. Na nasze
zmartwienie, tej nocy nadciąga nad Polskę sroga zima z potężnymi opadami
śniegu. Wielogodzinną jazdę umilamy sobie śmiesznymi historyjkami. Ostatnia
dotyczy dziwnych, zarówno ilościowych, jak i jakościowych zachcianek
kulinarnych mojej żony…
Grudzień 2010. Dzwoni Ilonka, witając mnie słowami: „cześć tatusiu”…
Trudno opisać, co czuje się w takim momencie. Jakaś nowa podróż właśnie się
rozpoczęła.
18 lipca 2011. g.18.50 Kolejna rutynowa wizyta u ginekologa. Coraz
trudniej egzystować w tym upale, choć trzeba uczciwie przyznać, że wyjątkowo
nieprzychylna aura, która tego lata często wisiała nad naszym krajem, wyjątkowo
dobrze łagodziła dolegliwości związane ze stanem błogosławionym. Lekarz daje
nam jeszcze tydzień oczekiwania. Po tym dwa rutynowe pytania: czy jest spakowana
walizka do szpitala oraz czy mamy zgodne 120 złotych.
19 lipca 2011. Północ. Nie możemy spać. Za oknem słychać w oddali
odgłosy szalejącej gdzieś burzy. Nerwowemu przewracaniu się z boku na bok nie
ma końca.
19 lipca 2011. 1.00 w nocy. Obudziło nas potężne uderzenie pioruna,
od którego zatrząsł się wieżowiec. Ilonka stwierdza pojawienie się jakiejś
mokrej plamy pod sobą. Idąc do łazienki następuje niekontrolowane uwolnienie
jakiejś wodnistej substancji. Czyżby się zaczęło? Zaplanowałem, że w trakcie
tygodnia do porodu, co zasugerował lekarz, przeczytam „Opisanie świata” Marco
Polo. Wszystko wskazuje na to, że się nie uda. Z zegarkiem w ręku liczę
skurcze, które się pojawiły. Nie wiem dlaczego staramy się nie myśleć, to
właśnie odeszły wody płodowe, i że skurcze to nie skurcze. Czas jechać do
szpitala…
19 lipca 2011. 3.30. Dziwny zbieg okoliczności. Ja czyli Marcin
Michalski, wiozę do szpitala Ilonę Michalską. Na parking szpitalny wpuszcza nas
pan Michalski, a na izbie przyjęć przyjmuje nas doktor… wiadomo. Lekarz z uśmiechem
oznajmia: „no to rodzicie”.
19 lipca 2011. 4.00. Chyba jestem w lekkim szoku, gdyż zamiast na
żonie koncentruję się na osie, która pojawiła się na korytarzu. (Za oknem był
cały ich rój). Wszystko dzieje się bardzo szybko. Ilonka jest już na sali
porodowej. Prosi położną, aby mogła chwilę odpocząć, co wywołuje u niej
pobłażliwy uśmiech. Wszyscy kończą zmianę, więc robią wszystko, by poród szybko
się zakończył. Pomagam jak mogę przy tych ciężkich bojach.
19 lipca 2011. 6.00.
Pojawia się położna nie uznająca kompromisów, co dodatkowo przyśpiesza bardzo
szybki bieg zdarzeń. Widzę przygotowane nożyce chirurgiczne. Chwytam bardzo
mocno Ilonkę, na brzuchu której pojawia się długo oczekiwany gość. Nie udaje się
powstrzymać emocji, kiedy maleństwo otwiera oczy i uważnie studiuje plamę przed
swoimi oczami- to moja zarośnięta twarz. Zaskoczenie, wstrząs i szczęście… Na
nic tu słowa. Oto kolejny etap tej najważniejszej w życiu podróży. Tym razem z
Różą.
Subskrybuj:
Posty (Atom)



