Łączna liczba wyświetleń

niedziela, 14 października 2012

Belfer

Dziś Dzień Nauczyciela. Dostałem pięknego mms-a od mojego byłego wychowanka, którego uczyłem w ramach wczesnego wspomagania rozwoju. Serce rośnie. Po przyjeździe do domu przeczytałem bardzo rzetelny artykuł na temat sytuacji w zawodzie nauczyciela. Wahałem się czy patrzeć na komentarze, ale co tam- oto jeden z nich: Tym nierobom nauczycielom jeszcze jest zle ile dni w roku tak naprawde pracujecie w porownaniu do innych zawodow - wakacje , ferie , swieta , dlugie weekendy wolne i platne 100% w wkacje to powinniscie dostaclopate do reki i rowy czyscic a w ferie odsnierzac urlopu tyle co wszycy max 26 dni i ani deka wiecej bando nierobow.
Cytat dosłowny, więc nie poprawiałem błędów. Myślę sobie, że tacy ludzie czasem awansowali np. na głowę państwa tj. np. Kambodża i wdrażali w życie swe szczytne i słuszne idee. Bardziej światli wiedzą, do czego to doprowadziło. 

czwartek, 11 października 2012

Słowo


"Ale są nieraz takie chwile, że porządnych słów trza by się nie wiadomo ile powiedzieć, a i tak nie zrównają się choćby z jedną kurwą,bo jakby puste, ślepe i kulawe były. I za głupie na to wszystko, choć porządne. Porządne słowa dobre są, kiedy życie jest porządne".  

Wiesław Myśliwski Kamień na kamieniu

wtorek, 9 października 2012

Relacja

 Sześciu bandytów napadło na znanego boksera Amira Khana, który wraz z bratem wracał swoim luksusowym Range Roverem do domu...

Oto relacja świadka:
"Zatrzymali się autem tuż przed Range Roverem, przynajmniej jeden miał broń. Jeden z nich podszedł do Amira i uderzył go w twarz, ale ten tylko się odsunął i znokautował bandytę. Pozostała piątka rzuciła się na Amira i jego brata, ale oni nie wystraszyli się i rozkładali jednego przeciwnika po drugim. Po prostu bronili swojej własności".
A oto potencjalna relacja jednego z napastników (wymyślona wprawdzie, ale czy nie można byłoby się spodziewać takiego opisu zdarzeń z ust napastnika?)
"Wracaliśmy do domu. Było już ciemno, bo długo uczyliśmy się do egzaminu. Wiedzieliśmy, że to znana postać, więc po prostu chcieliśmy się przywitać. On zaczął po kolei nas bić. Na nic nasze błagania, aby tego nie robił. Do tego wyzywał nas i obrażał nasze uczucia religijne. Od tego momentu nie możemy spokojnie spać po nocach, uczyć się ani pracować. Trauma pozostanie do końca życia. Z dnia na dzień, zarówno ja, jak i moi pobici koledzy popadamy w stopniową depresję. Nasze życie legło w gruzach, a roztaczające się przed nami perspektywy zaliczyć należy do przeszłości. To wszystko przez jednego tylko zwyrodnialca, który wraz z bratem postanowił zabawić się naszym kosztem"...
 

środa, 3 października 2012

Pączek

    Zostałem kiedyś zaproszony na sylwestra do Berlina. Zapraszał kolega, którego poznałem na Islandii. Po oficjalnym przedstawieniu mnie rodzinie, zasiedliśmy do stołu, na którym pojawił się talerz i... pączek. Nie pozostało nic innego, jak spałaszować ten niezdrowy, ale z pewnością kuszący rarytas. W trakcie jedzenia odniosłem dwa wrażenia. Pierwsze, że wszyscy jakoś zbyt uważnie mi się przypatrują (wszak jestem głównym gościem, więc nie ma się co dziwić). Drugie wrażenie dotyczyło smaku pączka- było z nim coś nie tak (jakże mogło być nie tak, skoro podano mi go przed nos, i nie wypadało częstować gościa nieświeżym pączkiem- pomyślałem znów). Zasiadający przy stole zadawali mi pytania o to, czy mi smakuje. Oczywiście, odrzekłem (myśląc, że moja mama robi 100 razy lepsze pączki). Czy oby na pewno smak jest w porządku? Jak najbardziej! Jednak czułem, że do końca tak nie jest. Pączek zniknął, a wszyscy wciąż przenikali mnie jeszcze bardziej przeszywającym wzrokiem. Nagle usłyszałem salwę śmiechu... Wiedziałem, że tak będzie- skwitował całą sytuację mój kolega... Pączek miał nadzienie... musztardowe. Cała zabawa polegała na tym aby stwierdzić, czy zjem smakołyk i jeszcze pochwalę i podziękuję, czy też plunę z obrzydzeniem. Dziwne, ale nasza krótka znajomość pozwoliła z całą, niewzruszoną pewnością powiedzieć, że nawet się nie skrzywię i uśmiech nie zniknie z mojej twarzy.

Ziele

     Pisząc to piję napar z dobrego ziela. Chodzi o ostrokrzew paragwajski, czyli yerba mate. Przez przypadek trafiłem do sklepu o tej nazwie, co zainspirowało mnie do napisania kilku słów o zielu, które zasługuje na miano kultowego. 
    Czy nie wzbudza zaciekawienia fakt, że odległej przeszłości misjonarze, którzy przypłynęli do brzegów Ameryki Południowej aby pełnić swą powinność, zastali ludzi niedożywionych, ale krzepkich? Tajemnica ich witalności tkwiła w yerba mate właśnie. W sklepie usłyszałem nieco szokującą historię. Mianowicie w czasie, gdy tamtejszym krajom nie powodziło się tak dobrze jak obecnie i brakowało jedzenia, rodzice dawali dzieciom do picia napar z dobrego ziela... Zawiera ono na tyle substancji odżywczych, aby pomóc w przetrwaniu. Sam będąc w podróży, poznałem Argentyńczyków, którzy przechadzali się z parującymi tykwami i termosami, z których robili dolewkę. Zaciekawiony spróbowałem wraz z nimi tego specyfiku. Jedynie uprzejmość trzymała mięśnie mojej twarzy na wodzy. Uśmiechałem się, ale czułem smak... popiołu. Rzeczywiście moc dobrze zaparzonej mate i co za tym idzie smak, są nie do przejścia. W naszym klimacie i przy naszych gustach wystarczy wsypać do naczynia niewielką ilość suszu. Efekt działania wraz ze smakiem będą takie, jak sobie tego życzymy. Każdy z producentów znalazł swój patent na własny produkt. Jedni więc trzymają susz w skrzynkach z drzewa różanego, inni dodają do ziela prawdziwe skórki pomarańczy, cytryny, inni twierdzą, że... i tak niemal bez końca. Jest yerba mate wędzona, masz ochotę na miętową? Proszę bardzo. Jest smak kawy (w zastępstwie której coraz częściej pije się napar), jest energetyzująca z guaraną, jest taka, którą zwą diabelską... Najlepsza jest jednak klasyka. Pozdrawiam właściciela sklepu Dobre ziele. Bardzo miło się gawędziło.